RSS
poniedziałek, 14 maja 2012
Chyba mam menopauzę

Nawet nie chyba, utknęłam w niej na dobre. Podoba mi się praca w redakcji, podoba mi się praca z Mirą, podoba mi się zarządzanie portalem od kuchni i podoba mi się dzwonienie do wydawców z żebraniem o książki.

Kompulsywnej czytelniczce przypominam o biletach do Londynu, bo mi chłop zaczyna powątpiewać w wyjazd, a ja właśnie po raz drugi obejrzałam Jekylla i się zdziwiłam, że Moffat i Gattis w tym paluchy też maczali. Właściwie, czemu się dziwiłam, świetny i przewrotny serial brytyjski, to było prawdopodobne. Dla osób, które przebywały przez ostatnie pół roku na Księżycu i nie wiedzą, że mam fioła na punkcie Sherlocka - ci panowie właśnie są od Sherlocka.

Swoją drogą, to się dziś zachwycałam sceną z harpunem.

Dostaliśmy w prezencie od babci dwa kilo makaronu ręcznej roboty. Ot tak, bo babcia robi żarcia jak dla wojska i się cieszy, że jej w rodzinie przybyło gąb do wykarmienia. Sądząc po gabarytach naszego przydziału (w pierogach i gołąbkach, oraz makaronie), to babcia liczy nas jak średniej wielkości zespół pieśni i tańca. Na razie nie wie, gdzie mieszkamy, ale jak dotrze do niej, że na trasie objazdowej jej autobusu... Bo Babcia Misiomiejowa produkuje żywność, po czym wsiada do autobusu i dzwoni po rodzinie, że mają wyjść na przystanek, po czym wyciąga na odpowiednim przystanku rękę z siatką z żarciem, którą to siatkę odebrać należy, inaczej jest Atylla-Gniew-Boży w akcji.

Na razie w akcji zaginął mi mąż, muszę sprawdzić, czy się w tej łazience nie zabił czy co...

21:34, szyszka_dono
Link Komentarze (6) »
sobota, 12 maja 2012
Jak na studiach

Życie małżeńskie jak żywo przypomina mi czasy studenckie - jakiś obcy typ w mieszkaniu, który czynnie przyczynia się do bałaganu  i spać nie daje, w dodatku wyjada żarcie z lodówki. W okolicy nieustannie jest alkohol (w postaci pozostałości z wesela), a ja sama mam ochotę na szaleństwa.

Podoba mi się.

Sklep postanowił pozbawić mnie kisieli z rodzaju wsyp i zalej szklankę. Znaczy się radośnie zaprezentował całą gamę, tylko wszystkie z malinami, dodatkiem malin i opakowaniem z malin. Zaswędziało mnie wszędzie od tego, wkurzu dostałam, bo jakże to tak, szyszkę żelków pozbawiać. Miśki na razie muszą poczekać, bo cena jest kosmiczna, więc siedzę taka bezżelkowa. Zaraz ruszę na poszukiwanie galaretki (nie znoszę) albo wrąbię pół łyżeczki żelatyny, na złość światu.

Moja kompulsywna czytelniczka niech się czuje pozdrowiona. Mogę jej nawet wrzucić cytat z Pawlo Cołelo, żeby adrenalina i ciśnienie jej skoczyły, hłe, hłe. Mam coraz większą ochotę napisać przewodnik duchowy o szczęściu i drodze światła, jak słyszę podobne historie, jak o tym Twoim znajomym. Na razie nosi mnie na opowiastki o szczurach, znalazłam cały olbrzymi plik konwersacji mojej postaci ze szczurami z Nuln, aż grzech byłoby nie wykorzystać tego w jakiś sposób.

Wena mnie pcha wprost proporcjonalnie do poprawy stanu zdrowia - za oknem zimno i leje, więc mi stopy nie puchną, organizm zaczyna wierzyć, że dziennie te 2 litry wody dostanie, to przestaje się wygłupiać i odkładać ją na później, nawet parchy od słońca przestały mi po skórze biegać. W dodatku głęboko wierzę, że codzienna porcja kolagenu w saszetkach w cudowny sposób wpłynie na moją nadwagę. W coś wierzyć trzeba, a z artykułów na menopauzie wynika jasno, że kolagen plus kostka czekolady działają cuda.

Lecę robić obiad, jak dobra zona. Wymyśliłam sobie ostre naleśniki z mięchem (mięso musi być, ja tak w ramach przywracania równowagi za Kornasowe niejedzenie zwierzaków, razem zjadamy tyle, co dwoje przeciętnych ludzi).

Właśnie się zastanowiłam, czy moja koleżanka Marzena wie, że kolagen można pozyskać jedynie drogą odzwierzęcą i czy stosuje kremy z tym ślicznym białkiem. Jest to prawdopodobne i ze skruchą przyznaję się do złośliwej satysfakcji. Idę precz, zanim całkiem ze mnie diabeł wylezie.

14:56, szyszka_dono
Link Komentarze (13) »
czwartek, 10 maja 2012
Kolanko

Kolanko prawokopytne w dodatku. Przeskakuje i boli, kucanie to koszmar, nie mówiąc o klękaniu. Boli podstępnie jeśli trzymam nogę za długo w jednej pozycji i przysięgam, że słyszę złowieszczy śmiech, kiedy niechcący przekręcę nogę i dostaję między oczy uprzejmym bólem.

Kupiłam sobie kolagen, bo wszystko wskazuje na to, że moje stawy się odchudziły wręcz nieprzyzwoicie i nie chcą się maziać. Smakuje paskudnie, jak zwietrzały wodorost. Nic to, zobaczymy.

Dostałam krem ujędrniający cycki, smaruję nim sobie ramiona, bo bardziej obwisają, niż bimbały. Możecie się pukać w głowę, mam to gdzieś, bo mnie boli kolano i średnio mogę komuś nakopać. Otoczenie wykorzystuje to perfidnie, Misiomiej ucieka w podskokach, zostawiając mnie z rozpaczliwym "muaaaaa", a ja się dostojnie turlam w jego stronę. Nie kocha mnie ten mój mąż, wstrętny, niedobry, zamiast pomóc biednej, rannej Szyszuni... Z drugiej strony noszenie mnie na rękach, choć kuszące, w grę nie wchodzi, więc niech sobie skacze, póki może... kiedyś go dopadnę i na nim usiądę.

Zostałam wczoraj wyciągnięta przez Fokę. I dowiedziałam się, żę mam kompulsywną fankę bloga szyszkowego. To takie miłe, mieć prywatnego prawie-stalkera ;P (tak, droczę się). Zjadłam sushi - było dobre. Zjadłam tempurę - była dobra, ale ciężka, mulista, słona i pełna oleju, co spowodowało zakłócenie wieczoru sporadycznymi beknięciami rodem z repertuaru marynarza. W moim wykonaniu.

Misiomiej nakrzyczał na mnie i kazał wypić kielonek żołądkowej gorzkiej.

Nie lubię żołądkowej gorzkiej.

Ale zadziałało.

Idę czytać książkę, czy coś, jak wrócę z ZWMu pewnie trzeba będzie posprzątać, bo jutro goście... Czy już wspominałam, żę od ślubu mieliśmy raptem jeden wolny wieczór? I pchani koniecznością wykorzystania go do oporu zafundowaliśmy sobie totalne niewyspanie?

Szlag, jeszcze mi kostka puchnie od gorąca. Idę precz.

17:39, szyszka_dono
Link Komentarze (10) »
niedziela, 06 maja 2012
Rozmawiamy muzyką

Siedzimy na dwa komputery. Co prawda ja mego męża widzę, jak skręcę nieco łeb w lewo, ale niekoniecznie to jest zdrowe.

Od pół godziny rozmawiamy piosenkami. Puszczamy sobie nawzajem kawałki - niby siedząc osobno, przy swoich ekranach, ale wymuszajac uczciwie kontakt między sobą. Nie chcemy być jednym z tych małżeństw, które nie zwracają na siebie uwagi, kiedy siedzą przy komputerach. Owszem, w mieszkaniu jednopokojowym ważne jest, by móc znaleźć każde swoje miejsce i umieć odpocząć od siebie, ale chyba równie ważne jest komunikowanie się na wielu poziomach - nie tylko w stylu "kupiłaś mleko?".

Squirk zapytała ostatnio, co przekreśla w mych oczach mężczyznę. Rzekłabym - głupota z gatunku niedocenianie tego, zę jestem obrzydliwie inteligentna. Niestety, wielu może się ze mną nie zgodzić, bo generalnie chomiki z kreskówek przewracające się o własne nogi nie są postrzegane jako zbyt bystre, ale znawcom tematu przypominam Nianię. Umysł jak piła tarczowa ukryty za aparycją zadowolonej rodzynki. Tylko mi się przez większość czasu nie chce.

Swego czasu ustaliłam jedno jasne kryterium atrakcyjności mężczyzny i jak dotąd mnie nie zawiodło - czasopismo pod tytułem - a jakże - "Detektyw". Taki sensacyjno - zbrodniczy gazet z zagadką prawie- kryminalną na ostatniej stronie. Pochwalę się - mam 100% rozwiązań. Serio. Co jakąś biorę do ręki, to rozwiązuję (potem sprawdzam w środku, czy faktycznie. Stąd wiem, że pełna skuteczność). Jeśli mężczyzna potrafi rozwiązać zagadkę - jest atrakcyjny. Jeśli nie - to musi przynajmniej w pełni docenić  mój geniusz i odpowiednio zaakcentować ów podziw. Wglądowo mężczyznę od razu dyskwalifikują pryszcze z gatunku agresywno-czarnych i tłuste kłaki. Nad tym jednak da się zapanować.

Po 6 latach w związku, gdzie byłam Szyszką-łosiem, Szyszką-niezdarą, Szyszką-słodką-niezaradną-uroczą-ciamajdą rzekłam sobie: nigdy więcej. Ja rozumiem, że Grzesiek był cholernie, kosmicznie inteligentny, ale to nie dawało mu prawa do traktowania mnie jak jakiegoś Watsona czy innego Wilsona.

Niestety, charakteriologicznie pasuję bardziej na Hałsa. Tylko mnie rodzice zbyt dobrze wychowali.

Dlatego mnie tak strasznie cieszy to, że mogę spokojnie puścić mojemu mężowi piosenkę i on zrozumie, co chciałam mu powiedzieć. Szczególnie, że ja i muzyka się nie lubimy za bardzo (znaczy ja nie lubię, a muzyka ma mnie gdzieś). n to rozumie i stosuje chwyty prymitywne, a ja się motywuję do wybrania czegoś na poziomie.

Dziś zostałam napomniana, że małżeństwo to trudna praca. Na szczęście oboje mamy skazę pracoholika.

00:02, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 kwietnia 2012
Szyszka cytowana

Pomacałam odnośniki na blogu cynamonowym i odkryłam, że ktoś po swojej recenzji czegoś podał linka do mojej ze słowami "recenzja taka jak moja, napisana jednak, moim zdaniem o wiele lepszym i ciekawszym językiem.".

Zostałam również zacytowana w samej recenzji.

Czuję się celebrytą i pławię się w samouwielbieniu. Teraz pozostaje dążyć do tego, by napisać książkę, którą ktoś zekranizuje (bo lepiej ustawić sobie poprzeczkę znacznie wyżej, niż chcemy osiągnąć, to wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że osiągniemy dużo ponad cel zakładany. Tyle z motywacji pamietam. I schemat dążenie-unikanie). Skoro chcę, by mnie wydano, to muszę chcieć przerobienia na film, proste.

Jak to osiągnę, to będę dążyć do Orderu Orła Białego.

 

18:43, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 kwietnia 2012
Życie małżeńskie

Właściwie nie różni się zbytnio od przedmałżeńskiego, oprócz zadziwiajacego faktu, ze mam ciągle pełną lodówkę i codznnie coś koło mnie chrapie. Jak również brakiem Buki w zlewie, niespodziewanych męskich gatków w łazience i zapachem męskich mydeł podprysznicowych.

Mąż wychodzi do pracy, a ja się bawię w dobrą żonę i szykuję mu śniadanie. Nie, nie dlatego, że jestem miękką rurą, ale on nastawia sobie budzik na 7:00, a wstaje pół godziny później, a ja jestem obudzona już po pierwszym pipnięciu. Ci, co ze mną mieli okazję nocować potwierdzą, że Szyszka rano działa na zasadzie zerojedynkowej czyli od snu do pełnego przebudzenia bez stanów pośrednich (jak babcia Wetherwax).

Mężczyzna marudzi na kabinę prysznicową i spłuczkę w łazience, bezczelnie ignorując uświęcone rytuały korzystania z łazienki, które wypracowałam przez ostatnie lata (stawaj tylko z lewej strony kabiny, wychodź lewą nogą i tyłem, nie pchaj spłuczki do końca a w razie czego lekko pociągnij). Domaga się zmiany rytuałów. Czuję się trochę jak poganie, którym misjonarze próbują wytłumaczyć, że machanie martwym kurczakiem nad wulkanem nie pomoże w lepszych zbiorach. Za to wczoraj polazł do Marcelów na granie, a ja, buntowniczo zostałam w domu i próbowałam nadgonić grę w Rune Factory na NDSie

Z kwiatków, które jednak na ślubie dostałam i nie zdołałam ich upchać na cmentarzu próbowałam zrobić cukier różany. Zapomniałam, ze cholery pryskają czymś róże, żeby się dłużej trzymały i uzyskałam przepiękny słoiczek cukru idealnego dla miłośników irokezów - od razu z lakierem i o przyjemnym zapachu pączków.

Ciągle napływają zdjęcia z wesela, od oglądania siebie robi mi się niedobrze. O dziwo Misiomiej przejawia większy entuzjazm, co świadczy o tym, że faktycznie żona w kiecce mu się dziko podoba. Mówię Wam, gdyby wróciła moda na takie stroje, byłabym więcej, niż szczęśliwa.

Z wieści smutnych, nie mam wolnego w maju,a zapowiada się, że będę musiała cieżko mocno pracować, żeby w lipcu wyrobić tyle nadgodzin, żeby na Londyn starczyło. Damy radę. Szczególnie, zę pieniędzy dwa razy więcej będzie na szysznym koncie niż dotychczas.

Bogata, zameżna i z czystymi garami. Nie za dużo szczęścia na jedną małą Szyszkę? :D

15:42, szyszka_dono
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Szyszka dwojga nazwisk

To, że Szyszka jest panią Misiomiejową, już wiadomo, pora na relację, jak do tego doszło.

A doszło, oczywiście, dziko, bo to Szyszka właśnie. Po pierwsze, mojej matuli pogrzały się godziny i otwarłam panu młodemu drzwi w wersji spłoszonej, w ciuchach roboczych i z wielkim workiem śmieci w garści. Cóż, ubrałam się w 10 minut, co jest moim zdaniem rekordem nakładania sukienki ślubnej.

Ksiądz postanowił nas rozśmieszyć i ciągle żartował na ołtarzu, a biedna Miranda została zaskoczona czytaniem tekstu. Misiomiej też, jakieś miłość cierpliwą i łaskawą przeczytał z obłędem w oczach, budząc we mnie niekontrolowany chichot. Lejdi, mimo genialnego talentu do gubienia się, znalazła się już w kościele, a ja się poryczałam jak zobaczyłam Dolly, bo aż musiałam za mąż wyjść, żeby cholerę z domu wywlec, ale przylazła, cud boski.Moja antykościelna ciocia była tak księdzem rozbawiona, że powiedziała, zę dla takiego to by mogła do kościoła chodzić.

Sala - boska. Żarcie - jeszcze lepsze, a ludzie najlepsi. Nadal nie ogarniam całości, ale bawiłam się genialnie, po 3h zmieniłam buty na różowo-szare trampki i zaczęłam szaleć na parkiecie, pogadałam chyba z wszystkimi, nikt się nie spił tak, żeby go trzeba było wynosić (tylko co niektórzy tańczyli i poturlali się po podłodze, jakieś Żołądki im w tym pomagały, a dwóch chłopa obaliło mi męża). Muzycznie oczywiście było weselnie, ale DJ zrobił mi cudny prezent i puścił Offspringa na sam koniec imprezy, co zachwyciło mojego bracicika i kompletnie zaskoczyło moje ciotki (które twardo zostały do końca imprezy i pewnie o tym będą opowiadać do końca życia).

Zabawy weselne były dwie (na szczęście), oczepiny krótkie i na temat (Misiomiej co prawda dostał w pysk, ale kobiet nie bija i wielkie szczęście), złapała welon moja kuzynka, która się wydaje za mąż w sierpniu, więc krawata rzucać nie było potrzeby (welon mi oddali, ale Darek, jej narzeczony, krawata zajumał).

Pan młody od matki swojej dostał bokserki w bociany niosące dzidziusia, które się okazały pelikanami. Z rybą.Za to na torcie były udziergane przeze mnie figurki misia i dziobaczki.

miśki

Idę się odziać, bo teść przyjedzie z jakimś zagubionym prezentem... ciąg dalszy nastąpi, obiecuję.

16:15, szyszka_dono
Link Komentarze (11) »
niedziela, 15 kwietnia 2012
Jestem Misiomiejna :)

Moje drogie, zanim opiszę wszystko ze szczegółami na miło i pięknie, pozwólcie, że uchylę czoła przed moją mamą, która na samym, samiuteńkim końcu zdołała, hm, cóż, muszę tu użyć słowa niecenzuralnego, by oddać w pełni odgłosy eksplozji w mojej głowie - jebnęła tak, że mi macki opadły.

Widzicie, przyjechała i koniecznie musiała poprawić usadzenie gości. Poddałam się, przesadziła raptem 5 osób w obrębie siebie, niech ma, Misiomiej na wieść dostał wkurwu (znowu brzydkie słowo), bo nad układem siedzieliśmy - sami wiecie, jak długo. Nic to, pieprzę, wychodzę za mąz, niech ma.

I co usłyszałam na koniec? "Widzisz, jednak dobrze poprzesadzałam gości".

Brak słów.

A tak poza tym jestem w cholerę szczęśliwa. I kompletnie mi wisi opinia mojej matki.

Bo to była najlepsza impreza, na której byłam.

18:47, szyszka_dono
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Świąteczne darcie ryja

Co rano sąsiadka z trójką dzieci w wieku wczesnoszkolnym schodzi na dół, przenikliwym "cśśśsiiiiiiiii!" uciszając swe drące ryja pociechy. Dzieci nie są głośno, nie są rozszczebiotane, jak to dzieci - po prostu drą ryja. Do siebie, do mamy, tak ogólnie. Jest ich trójka, czwarte na ręku, sądząc po rozmiarach mieszkań w mojej klatce nie ma szans, muszą mieszkać w jednym pokoju, a najwyraźniej zmęczona mama zazwyczaj ulega temu, które najgłośniej się drze, ze ktoś mu zrobił bubu, więc dzieciaki automatycznie włączają się parę decybeli wyżej, niż normalny człowiek w wieku tornistrowym.

W święta też, przy czym ryki zeszły z tematu szkoły i stały się marudzeniem o chodzenie do kościoła.

Boże, chroń mnie przed ilością dzieci większą, niż dam radę wychować na normalnych ludzi.

A tak w ogóle to siedzę w butach weselnych, żeby się przyzwyczaić do obcasów (czarno to widzę, ale bez cwiczeń przyszłość zamienia się w czarną, wypełnioną cierpieniem dziurę). Nadal nie przechodzi mi fioł serialowy, szczególnie, że moja wybiórcza uwaga zaskoczyła i znowu zobaczyłam coś, co mi wcześniej umknęło. I się zachwyciłam. Lubię sprytne rzeczy. Lubię, kiedy fabuła sprawia, że sie dziwię (ale z uznaniem, a nie z powodu koszmarnego idiotyzmu wylewającego się z ekranu). Nadganiam filmy, obejrzałam z 6 (z czego 2 warte wspomnienia, przy czym jeden widziałam wcześniej, więc teoretycznie się nie liczy).

Nic to, zabieram się za pumeksowanie podeszew butów, żeby się nie zabić na ślizganego.

11:05, szyszka_dono
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 kwietnia 2012
Raporcik

Proszę o wybaczenie, ale taka trochę impreza mi się szykuje za tydzień i jestem zdziebko nietomna, stąd moje milczenie.

Wieczór panieński we Wrocku skończył się w gejowskim klubie. Z Szyszką w przebraniu zakonnicy. Szerzej o tym w najbliższym czasie, bo dalej mi się to w głowie nie mieści. Ale powiem jedno - moje baby ze studiów rządzą i wymiatają. Na basenie też, z Olcią S. robiącą zdjęcia w sposób wybitny - na żadnym praktycznie nie ma nas :D

Dziś wreszcie usadziliśmy gości, uwzględniając wzajemne animozje tak, że jeden taki będzie siedział za filarem, zbuforowany całym stolikiem innych znajomych. Genialność rozłożenia zachwyca nawet mnie, ot, tylko jedna osoba nigdzie nie pasuje, a tam, gdzie by mogła się nie mieści, trudno. I tak się to wszystko wymiesza.

Jeszcze muszę tylko ustalić, kto z kim nocuje i będzie idealnie :)

Dodatkową atrakcją była wizyta u fryzjera - szok. W wałkach wyglądałam jak królowa angielska na banknotach, potem wyglądałam jak jakaś rozważna i romantyczna duma i uprzedzenie, a potem... cóż, powiem tylko tyle, że ja pinkolę, ale mam fajny łeb :) tylko welon wygląda tak, jakby miał straszyć dzieci.

Idę się jakoś odmóżdżyć, trzymajcie kciuki.

Z tego wszystkiego zapomniałam, że są święta.

23:43, szyszka_dono
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68