RSS
środa, 13 listopada 2013
Nie, nie będzie o tęczy

Bo tęcza skrywa jakieś wredne stworzonko na końcu ogonka, które pilnuje garnca złota jak ten pies ogrodnika.

Długo mnie nie było, więc w telegraficznym skrócie:

- Naczelna złożyła wypowiedzenie i jej tytuł przeszedł na mnie. Zanim zaczniecie gratulować, przypomnę, że to nie sztuka, kiedy się jest jedynym pracownikiem firmy;

- W związku z odejściem Naczelnej przejęłam jej obowiązki i jak dotąd udało mi się nie zwariować, aczkolwiek szefowa bardzo się stara, nieustannie oferując mi swoje dobre rady, pomysły i innowacje, zarzucając mnie obowiązkami i materiałami z dupy;

- Każdy dzień przechodzę zaciskając zęby, z myślą, że niedługo będę prowadzić przecież podobny biznes sama i każde doświadczenie, nawet najdurniejsze, się przyda;

- dostałam jakąś śmieszną premię

- jestem zmęczona, ale zadowolona - wreszcie opłaciło się hodować w sobie upodobanie do absurdu.

Tyle na dziś, idę paść na pysk :)

23:28, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 listopada 2013
zabawa gry poznać nowe chłopaki - wnętrze kroku!

dla niezorientowanych anglistycznie, wnętrze kroku to debilne tłumaczenie "step in" czyli "wejdź". aczkolwiek przez dobrą chwilę nie widziałam błędu, bo wiecie, w dobie celebrytek toczących boje na wypadające biusty, nigdy nic nie wiadomo.

Ten cytat zdecydowanie podsumowuje wydarzenia ostatnich dni - wiadomo wiele, ale nic do końca nie jest pewne, z wyjątkiem tego, że Naczelna składa jutro wymówienie i idzie w cholerę, bo ma dość nieustannej inwigilacji maili i poczynań, dyskusji, które kończą się słowami "dobrze, ale za wolno" i "ty nie masz serca do tej roboty i przez ciebie Szyszka nie będzie  mieć pensji".

Byłam na ciasteczku i kawusi u szefostwa. Szefostwo zrobi wszystko, żeby Naczelną wykorzystać do końca umowy i zwolnić. Z hukiem. A ja im mam pomóc. Niedoczekanie.

Nawet nie będę tłumaczyć, jak bardzo mnie brzydzi cała ta afera i jak spokojna jestem, choć wiem, że mnie też to czeka, bo to są właśnie tacy ludzie. Ja jestem teraz oczkiem w głowie, bo staram się dużą ilością gadania i machania papierami odwrócić ich uwagę od totalnego braku efektywności(tak, przyznaję się, kompletnie nie potrafię akwizytować przez telefon). Okazuje się, że jest to wyżej cenione niż spokojne wykonywanie swojej pracy. Dobre wykonywanie pracy.

Czuję się okropnie, bo ja jestem z tych, którzy dostają szału gdy się krzywdzi osoby, na których im zależy, a ja moją Naczelną uwielbiam. Wiem, że ona sobie poradzi, wiem, że ma teraz swojego prywatnego wielkoluda do przytulania i noszenia na rękach (i chłopa też ma, choć nie tak ładnego, jak jej pies). Wiem, ale i tak się wkurzam.

Z tej okazji, znaczy się gnębienia Naczelnej, obiecali mi podwyżkę. Ha, do ciężkiej cholery, ha.

18:05, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 października 2013
Targi i zatargi

Na targach książki byłam, się ubawiłam, ale relację pełną złożę w najbliższym czasie, jak trochę ochłonę po rozmowach z pisarzami, bo jestem taką trochę pisarską gruppie, go to dostaje rumieńców jak jakiś macha przy niej długopisem.

Wolę Wam opowiedzieć o bardzo nieudolnym spisku, jaki szefostwo próbowało nam zafundować, który polegać miał na skłóceniu mnie i Naczelnej, a skończy się tym, że pewnie od poniedziałku zostanę sama całkiem, całkiem, bo Naczelna się wkurzyła i idzie sobie z tej piaskownicy.

Szefostwu nie przyszło do głowy, że możemy sobie nawzajem opowiedzieć rewelacje, jakimi nas raczono, próbując zwrócić jedną przeciw drugiej. Wiecie, podobno ja się skarżyłam, że mnie Naczelna do pierdół wykorzystuje,  a ja przecież mogłabym w tym czasie dzwonić. Na szczęście Naczelna posiada mozg, a jej zaufanie do mnie jest solidne, więc takie głupie gadanie ją tylko rozśmieszyło. A, jeszcze usłyszała, że straciła serce do roboty i jeśli to wszystko padnie, to przez nią.

Ha, bardzo ha.

Naprawdę mam ochotę zobaczyć ich miny za tydzień, jak im wręczy wypowiedzenie... Oj, ale będzie się działo, histeria, szok i rwanie włosów z głowy, pewnie zostanę delegowana do przekonywania jej, żeby została.Jaaaasne, będę ją przekonywaaaaać, że aż strach. W każdym razie szykujemy się na własny portal, w sobotę kupiłam domenę, Naczelna dziś kupi drugą i staramy się o dofinansowanie z unii.

Oj, będzie się działo :)

środa, 23 października 2013
Masaż, reiki i piękna chwila

Swego czasu wspomniałam o problemach z kręgosłupem. Posiadam takowe, boli mnie jak diabli dolny odcinek kręgosłupa za każdym razem, kiedy trochę postoję. Nie gdy długo chodzę, nie gdy ciągle siedzę - stoję, jak ten kołek. Ponieważ takie stanie zazwyczaj uprawiam w kościele, ból pojawia się gdzieś w okolicy Ojcze Nasz, a potem się pojawia sporadycznie przez parę dni, albo trzyma mocno jakby mu za to płacili.

Teoria pierwsza, że ból to sprawka szatana, który jest wielce niekontent z powodu obecności w kościele, została odrzucona po eksperymentalnym klepnięciu mnie w rzeczony odcinek Biblią. Dla osób niezorientowanych, jest to duża kniga, a moja mama głęboko wierzy w efekt placebo, tyle, że lekarstwo musi boleć albo być obrzydliwe w smaku.

Teoria druga, że to korzonki, nie sprawdziła się, bo pamięć widoku cierpiącej z tego powodu mamy i szybkie zerknięcie w googla podpowiedziały mi, że mogę mieć najwyżej raka jelita, padaczkę lub atrofię czegoś tam, ale nie korzonki.

Teoria trzecia mówiła, że coś mi tam przeskoczyło, wrócić nie chce, albo się patologicznie wysuwa. Ortopeda za pół roku (bo nie umieram i mogę chodzić). Poszłam więc do pani masażystki-fizjoterapeutki, polecanej przez Naczelną. Pani miła jak anioł, pomasowała przy relaksującej muzyce moje plecki, wymacała bebola, kazała się położyć, delikatnie pomachała szyszkowymi kończynami, założyła dźwignię i delikatnie chrupnęła tam, gdzie trzeba. Pyk, Szyszce wskoczyło coś w tyłku, poczuła ulgę, została uczciwie uprzedzona, że będzie jeszcze bolało, bo lata przekrzywiania kręgosłupa i bioder o te 1,5 cm to nie przelewki, trzeba się jeszcze pomasować.

Mądra Szyszka, wyedukowana przez te wszystkie lata pisania tekstów o zdrowiu, zgodziła się na dwa masaże, bo faktycznie tak trzeba. Tyle, że pani masażystka zrezygnowała z fizjo i została jedynie przy terapii.

Zapomnijcie o relaksacyjnej muzyce. Połóżcie się na pół godziny, słuchając jednej piosenki, w kółko i kółko. Piosenka z gatunku jaśniejący głos i natchniony tekst, czym zasłużyłam sobie mój Panie na te niezwykłe Twoje kochanie, czuję że jesteś blisko, to piękna chwila, w szumie strumienia, zapachu bzu i te sprawy. Za pierwszym razem podejrzewałam, że pani sobie puściła piosenkę, a potem nie chciała przerywać masażu, ale za drugim moje złudzenia się rozwiały.

O tyle dobrze, że druga wizyta dostarczyła mi niesamowitej rozrywki, bo pani postanowiła przybliżyć mi reiki (czyli dlaczego tak ważne jest, by kosmiczna energia weszła w mój tyłek) i zachęcić mnie do odchudzania wspaniałą metodą, w której najistotniejszym elementem było siusianie na papierek lakmusowy,  wypijanie specjalnej herbatki z aloesem i krzemem (2 litry dziennie) i łykanie specjalnego suplementu odkwaszajacego. Argument pierwszy - bo wie pani, że serce, jako jedyny narząd, nie ma nowotwora? Bo ciało nie dopuszcza do zakwaszenia serca.

Idąc tym tokiem rozumowania wykoncypowałam, że w sumie nikt też nigdy też nie słyszał o nowotworze pośladka ani bicepsów. Przynajmniej ja nie słyszałam. Nie zdążyłam jednak o to zapytać, bo pani już przeszła do barwnych opisów siusiania. Barwnych, jak papierki lakmusowe.

No, więc jeśli będę żreć suplementy, pić herbatkę z pokrzywą, to będzie dobrze. A, tak przy okazji powinnam odstawić tłuszcze, białe pieczywo, makaron, ryż, przestawić się na gotowane mięso z kurczaka i jeść dużo warzyw i owoców.

Nie umarłam ze śmiechu tylko dlatego, że bałam się, że pani, która wie, jak wstawić bebola w kręgosłupie doskonale wie, jak tego bebola tam z powrotem wsadzić. grzecznie wysłuchałam, po czym śmiertelnie poważnym tonem z nutką żalu stwierdziłam, że szkoda, bo ja jestem lekomanką i skoro trzeba coś codziennie łykać, to ja podziękuję, ale skorzystam z rad ogólnodietetycznych i zobaczę, jak to będzie działać.

Pani próbowała jeszcze zareklamować mi syropek, ale ja nadal poważnie i z zadumą zaczęłam jej recytować ICD10 (czyli taki mądry podręcznik z chorobami), wygrzebując z pamięci resztki wiedzy z psychopatologii.

 I tak oto po kwadransie konwersacja zakończyła się, a ja zostałam z panią rzępolącą o skrzydłach motyla, co to są ewidentnym przykładem na istnienie Boga (a na pewno chaosu).

Polecam - wymasują, rozbawią, kręgosłup naciągną. Tylko ta "piekna chwila" siedzi mi w głowie od poniedziałku...

09:32, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 października 2013
Sława, wywiady i zielone piwo

Po nadzwyczaj beznadziejnym tygodniu, wypełnionym telefonami do ludzi, którzy nie chcieli ze mną rozmawiać, pytali mnie o dziwne rzeczy i spychali mnie na koniec swojej listy zainteresowań, po wizycie u pani kręgarz (auć), po setkach głupich maili, próśb szefostwa... po całym tym bagnie, do którego mój ukochany mąż dolewał syfu w postaci głupich polskich filmów - wyszłam dziś na scenę, przed małym audytorium i opowiedziałam co nieco o historii Japonii.

Nie było to nic specjalnego. Zapomniałam połowy rzeczy, które miałam powiedzieć, nie podałam żadnej daty oprócz "tak około roku tysięcznego naszej ery", zgubiłam fiszki i pomyliłam dwa wydarzenia. Pokazywałam obrazki z samurajami i Czarodziejką z Księżyca. Zachrypłam. Gadałam równo godzinę. Ja bawiłam się świetnie i tak średnio mnie interesowało, że widownia niekoniecznie.

Okazało się, że widownia się zachwyciła kosmicznie. A potem wyszedł na scenę Yuu i podziękował "koleżance Szyszce" za występ. Pomachałam mu (pogroziłam) i usłyszałam jakieś dziwne westchnienie z tylnych rzędów. Po całej imprezie pojawiły się koło mnie dwie dziewczynki w wieku licealnym. Oczkami na kota ze Shreka wgapiały się we mnie. Zapytały, czy to prawda, że ja to Szyszka.

Cóż, potwierdziłam, nie bardzo wiedząc, o co cho. Okazuje się, że dziewczątko 1 kojarzy mnie z konwentu, a dziewczątko 2  jest od lat karmione opowieściami o najlepszym panelu świata, który prowadziła Szyszka. Bo o tym panelu to się mówi. Bo ten panel to jest taki wyznacznik poziomu i używa się go jako przykład doskonałego prowadzenia panelu. Bo Szyszka mówiła głośno i bez skrępowania o tym, co lubi. Bo Szyszka ma takie zarąbiste recenzje. Jakiż to zaszczyt, że mogły mnie zobaczyć, bo jakby ich znajomi wiedzieli, że tu będę, to by przyszli na pewno, a tak to niech żałują.

Peany dziewczątek przerwał pan bibliotekarz, który wyglądał jak metroseksualna wersja stracha na wróble i zaczął mi kadzić, że rewelacja, że to talent rzadki przyciągania widowni, że rany julek, czuł się porwany.Pewnie przez te rysunki czarodziejek, zdążyłam pomyśleć, a potem dziewczątka zaczęly piskolić, pan z nimi zaczął peanić, a ja stałam jak taki kołek, bardzo zarumieniony, bo naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć.

Podziękowałam, obiecałam pojawiać się cześciej, dałam adres strony mangowców i zostałam porwana przez Yuu w celu konsumpcji piwa i przekąszenia czegoś (w moim przypadku czymsiem były najlepsze pierogi ruskie, jakie jadłam). Piwo było zielone. Dobre, choć przypominało płyn Ludwik z wyglądu. Ale dobre.

Teraz idę paść na twarz, bo dzień był naprawdę intensywny. Sława bedzie kołysać mnie do snu, a cynizm sprowadzać na ziemię.

A i tak jestem wyjątkowo dumna z siebie. Kurcze, czas składać papiery na uczelnię.

23:28, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 października 2013
Piątek!

Za oknem lud Uruk-hai wydaje okrzyki bojowe na stadionie, po klatce biegają mi niezdecydowani sąsiedzi (no idziesz już czy nie idziesz?!?!), męża mi gdzieś wywiało na szlaje, a ja siedzę i mi dobrze.

Raz, że dziś obijałam się w pracy z telefonami rekordowo, a i tak usłyszałam od szefowej, że mnie kocha. Dwa, szef wyjechał do Gliwic, więc go nie było. Trzy, napisałam recenzję. Cztery, pani z korekty kwiczy z zachwytu nad moimi tekstami, że takie zgrabne i takie ciekawe i mało poprawiać trzeba. No, tak mi mówcie.

Jedynym cieniem jest ból kolana, który oznacza przerwę od ćwiczeń, kurde. Zakupiłam się w kolagen, będziem brać, bo sobie nie odpuszczę.

A, dodajmy pięć, mam gołąbki babcine w lodówce i bigos teściowy w słoiku. I matka mnie nie wkurza. I całkiem ciepło w mieszkaniu. I zamówiłam sobie laser do playstation, może będzie działać lepiej.

Tak, to dobry dzień. Wobec nadmiaru dobrostanu posyłam potrzebującym pozytywne mniuffony!

21:02, szyszka_dono
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 października 2013
Plan

Plan jest. Jest bardzo zuy i wymaga poziomu cynizmu na poziomie wyrachowania, który osiągnąć można tylko latami praktyki. Ale się staram.

Plan brzmi - za pół roku kupić mieszkanie, wyremontować, sprowadzić się. W międzyczasie poczynić starania o potomka. Zapotomkować się. Iść na zwolnienie lekarskie i macierzyński. W międzyczasie, bezczelnie korzystając z zabezpieczenia finansowego w postaci wypłat z ZUSu, intensywnie pracować nad wdrożeniem własnego biznesu. Wrócić po roku do pracy. Przepracować 4 miesiące. Zwolnić się z hukiem. Zacząć zarabiać kokosy na własnym biznesie.

Oprócz cynizmu będzie mi trzeba sił nadludzkich i odporności psychicznej, a tę mam powoli na wyczerpaniu.

Plan jest na razie jedyną rzeczą, która pozwala mi zaciskać zęby i iść do pracy, gdzie każdego dnia przekonuję się, że moja praca nie ma sensu, a talent jest marnowany tak, że powinni to wpisać w Guinessa.

Naczelna pracowała w środę 4h nad projektem. Był dopracowany w każdym szczególe. Odpowiedź szefostwa? "Za długie". Ja załatwiłam prawie na 100% kontrakt na pół roku płatny w towarze 1500 zł miesięcznie. Za mało i nie powinnam tego typu rzeczy proponować. I za dużo im obiecałam (to, że inna firma za mniej ma dwa razy tyle, to nie ma znaczenia).

Wszystkie liczące się portale kobiece mają 3-4 aktualizacje dzienne. My mamy 1, a szef i tak kręci nosem, bo powinnyśmy skupić się na zarabianiu pieniędzy. On naprawdę myśli, że portal internetowy jest jak szafka - raz złożysz i wystarczy, a teraz sprzedawaj.

Nic to, napisałam 2 strony opowiadania dla Mirandy, felieton, recenzję dla KZtu, zrobiłam 4 słoiki curry i jedną miskę żelatynowego gluta, który został pożarty w imię odbudowy kolagenu w kolanach. To był bardzo dobry dzień.

22:19, szyszka_dono
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 października 2013
debile rózne

Debilizmów jest masa, z moimi przygodami w pracy na czele, ale dzisiaj nie o tym.

Mąż mój gra w jakieś najazdy konnicą na wojska tureckie i zazwyczaj marudzi niewybrednych słów używając. dziś jednak przeszedł sam siebie. Cichym, zimnym głosem wycedził z siebie powoli:

- Debil, debil w czekoladzie, debil krochmalony, debil u Pafnucka, no debil.

I jak ja tu mam spokojnie chorować, kiedy pękam ze śmiechu? :)

23:49, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 września 2013
Panda marketingowa

Z wykształcenia psycholog. Z pasji i praktyki - redaktor. Później - redaktor merytoryczna (czyli taka, co się czepia błędów rzeczowych). Teraz jestem... działem marketingu.

Szefostwo zachwyciło się mną jako osobą wykonująca telefony. Prawda jest brutalna - robię wielkie nic, ale ładnie o tym mówię, żeby nie wyjść na totalną lebiegę, więc są przekonani, że jestem doskonała.

A ja nawet nie jestem znośna. Odkładam słuchawkę, gdy ktoś mówi "nie jesteśmy zainteresowani", bo wciskanie się na siłę w ucho uważam za jeden z najokropniejszych sposobów zarabiania na życie.

Nie narzekam jednak, po prostu mnie takie podejście słabi. Poza tym nic mi nie zepsuje humoru po wczorajszym odkryciu, że panny, które koniecznie chciały Paskudom udowodnić, jakie Paskudy są okropaczne i gupie, spędziły 14 godzin próbując wkleić komentarz zawierający link do jakiegoś ich blogaska, gdzie się pastwią nad naszym stylem wypowiedzi. Komentarze z automatu lądowały w koszu jako spam, bo zawierały link, nie mówiąc o tym, że system zaczął blokować IP, z którego jest spam wysyłany, więc teraz wszystkie ich komentarze pójdą się paść na wirtualną łączkę. Nawet nie jest mi przykro. jeśli ktoś ma ochotę zmarnować cały dzień, by naprawiać rzekome uchybienia w Internecie, jego sprawa.

Poza tym z nosa mi nie cieknie, wena zaczyna podnosić łeb z leża, ambicja jakaś i wigor umysłowy mnie ogarniają. Jest dobrze.

12:52, szyszka_dono
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 września 2013
Walczę ze smarkiem

No i stało się - rozognioną po ćwiczeniach Szyszkę przewiało, choć miała na sobie parę warstw odzieży. Podejrzewam, żę to to, bo smarkata byłam od wtorku, ale to mogła być alergia od psa od współpracownika, teraz mam coraz czarniejsze podejrzenia, że jednak nie.

Bardzom niezadowolona z takowegoż obrotu sprawy.

W dodatku dziś półtorej godziny walczyłam z jakimś wirusowym świństwem, które mi ustawiło przeglądarkę na jakieś hiszpańskie paskudztwo i wyrzucić się to dało dopiero po wejściu szczegółowo w bebechy przeglądarki.

I nie wiedzieć czemu zrobiły mi się dziwne odstępy we wpisie. I nie chce mi się tego poprawiać. I gry na PS2 mi nie działają, muszę kombinować. Ale tak poza tym mam świetny humor, bo Misiomiej przywlókł jabłka przecudnej urody i jeszcze cudniejszego smaku, wciągam galaretkowaty jogurt na kolano (żelatynka!) i zastanawiam się, co zrobimy jutro z obiadem, skoro ja umieram, a Misiomiej idzie do pracy...

21:00, szyszka_dono
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78