RSS
wtorek, 09 lutego 2010
im bardziej zaglądam do chatki Prosiaczka

tym bardziej Prosiaczka tam nie ma...

ale już jest. Przepis w sensie. Dotarł od Mamatki, kiedy w Krakowie byłam. Oto on:

ziele skrzypu,

kora kruszyny,

pączki brzozy,

korzeń lubczyka

ziele dziurawca

liść pokrzywy,

liść jeżyny,

owoc jałowca - wszystkiego po 50 g.

 

Doskonałym ułatwieniem jest to, że w zielarskim sklepie torebki są dokładnie po 50 gram. Kupic, wymieszać w papierowej torbie i fundować sobie napar rano i wieczorem. Jedna łyżka zielska na szklankę, zalać i odczekać, aże trochę opadnie (jakieś 10 minut). Można odcedzić, ale ja popijam metodą zębowo-cedzoną, od czasu do czasu kawałki kory wypluwając, choć mamusia sprawiła mi ziołowy kubeczek, więc moze teraz będzie lepiej.

Jak mówiłam - imprezę ciągniemy do końca zielska, potem przerwa. Proszę się nastawić na lekko śmierdzace sensacje cielesne na poczatku, okazjonalne napady głodu (ale rewelacyjnie sprawdz się wtedy wąchanie jabłka  albo chleba, bo organizm łatwo odpuszcza). Nie przejmować się, nie zagładzać, po prostu pić i już. Stosowane bez jakiejś nienormalnej diety nie powoduje zaburzeń okresu (no, jest torchę bardziej skąpy, ale to wynik lepszego krzepnięcia - we krwi jest mniej przeszkadzajacego syfu), inaczej niż w przypadku cudów w rodzaju Figura czy inne cośtam bazujące głównie na korze kruszyny. Tutaj kruszyna ma kupę kolegów :D

Impreza kosztuje okolo 20 zeta :)

 

pozdrawiam serdecznie, moje dzielne babeczki!

22:51, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
kąpiel z pająkiem

Kraków weekendowy był wyjazdem conajmniej... dziwnym. Przede wszystkim dlatego, zę misiomiej padł zmożony 40 stopniową gorączką i ładowałam w niego aspirynę, zmieniając co pół godziny profilaktycznie mokrą szmatke z czoła. Przeżył. Za to teraz siedzi i smarka potężnie w domu, a ja czuję paskudztwo w płucach. Gorączki na szczescie brak, ale nie wywołujmy termometru z lasu...

Spotkanie z Małym Złem oczywiście pierwszoklaśne, a jakże, w dodatku Marcinek był i mogłam go wyściskać za wszystkie czasy. O. I śpiewałam! I nawet sąsiedzi po straż pożarną nie zadzwonili...

Siedze i pluję sobie ładnie, w ramach rozgrzania po przyjeździe postanowilam sie wymoczyć w gorącej wodzie, co przy moim brodziku jest przedsięwzięciem karkołomnym, jednak wykonywalnym. Niestety w wodzie objawił sie desperacki pajak, co spowodowało mój wyskok aż pod sufit, bo miźnął mnie martwą kończynką w udo. Pająków brzydzę się niemożebnie, ble i pfle do nich mam, nie życzę sobie żeby korzystały z mojej wody i już, taki kaprys mam. Niemniej z kąpieli nici, bo kabinka prysznicowa ma zarąbisty odpływ, który wodę odprowadza w tempie chorej krowy na pustyni. I oczywiście głównych brudów nie wciąga, więc pająka musiałam za pomocą papieru toaletowego z dna zebrać i zutylizować. I dopiero wtedy wpadłam na genialny pomysł, że cholerę mogłam po prosu wyłowić i w czystej wodzie się popławić...


Nic, za głupotę się płaci.

Faryczny pan z facebooka chce podlinkowac na ich stronie moją cynamonową recenzję :D czuję się dumna i blada!

teraz sobie jeszcze odpluję kosmitę i idę szykować wpisa specjalnie dla Zakładki, która słusznie szyszki niekonsekwentne pogania...

22:41, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 lutego 2010
herbatka

a o dziwo działa - jest absolutnie wyjątkową mieszanką reguljącą gospodarkę wodną organizmu, delikatnie pobudzającą nerki i wątrobę, wspomaga spalanie komórkowe i można ją nabyć jedynie w formie pojedyńczych składników, które trzeba wymieszać w odpowiednich proporcjach :) przepis ojców Bonifratrów, który krąży w mojej rodzinie (dosłownie kraży, bo zawsze tylko jedna osoba w rodzinie ją stosuje, reszta zaś natychmiast gubi recepturę i potem żebrze od ostatniej osoby, która ją stosowała). Dlatego też na przepisa czeka, bo mama go wzieła dla jakiejś baby w pracy i oczywiście w pracy zostawiła. Dziś - zgodnie z prawami natury i porządkiem rzeczy - mama przepisa zdobyła, bo babie się skończył okres stosowania i przypadkiem miała go ze sobą :) tak więc czekam na powrót mamusi z pracy i jej przeklepanie go na gg.

Swoją drogą, to ciekawe, czy jakbym go napisała na blogu, to też by trzymała się go zasada tylko jednego stosowacza/posiadacza na raz :P

Co do skuteczności - mogę spokojnie powiedzieć, że działa i to kapitalnie. Co prawda sadełka nie zrzuca, ale po dwóch tygodniach przestały mi nogi puchnąć. I miałam w międzyczasie mało ochoty na słodkie, tylko trzeba faktycznie pić rano i wiezcorem. Ustrojstwa starcza na dwa miesiące dziennego stosowania, potem robi się tydzień - dwa przerwy, żeby system odpoczął, potem można powtórzyć zabawę, ale potem koniecznie przerwać na dłużej, bo nerki się rozleniwią. No i trzeba sie ruszać, choć powiem tyle - jak z człowieka te wszystkie złogi i swiństwa powychodzą, to jest lekko i samo z siebie się tak układa że człowiek się rusza.

Tak więc, moje drogie - trzymajcie kciuki, we wtorek ruszam (oby) :P

21:13, szyszka_dono
Link Komentarze (4) »
przedkrakowsko

w zwiazku z jutrzejszym wyjazdem do Krakowa obijam się wręcz konkursowo. Niemniej spelnilam parę ambitnych planów takich jak domycie wszystkich garów, zamiecenie podłogi, napisanie listu do Foczki, umycie łba, pranie i okopanie grządek w grze. Nawet w dwóch. teraz mam ambitnego plana poćwiczyc, a przynajmniej porządnie sie spocić, choć nie mam pojęcia, jak, bo mi stepania dalej nie działa. Klątwa zmiany dysku czy co?

Na ekranie Alan Rickman goni się z bosym Brucem Willisem po dachu wieżowca (nagroda dla tego, kto bez sprawdzenia wie, jaki to film :P), gorąca herbatka plumka mi w dzbanku, łeb schnie, a książka, którą czytam okazjonalnie jest całkiem fajna, nie spodziewałam się. Dobry zestaw przedpołudniowy :)

teraz pipnąć do Mamusi, żeby zmacała pudelko z przepisami na herbatkę odchudzającą, bo znowu mnie sadlo napadło. Za mało ruchu, za mało!

Saro - uprzejmie dziękuje za imiona, az się chce pisać :)

PS. A najfajniejsze jest to, że jednak mam wyklaz zarobków za 2009 z księgarni w domu i nie musze do tej flądry księgarskiej iść i prosić :D

13:24, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 lutego 2010
Zmora

Zmora siedzi na kartecze i dusi sny :P Mam kłopot z imieniem dla cholery, bo jakieś imię musi mieć. Niefajnie ja tak od "onej" wyzywać :P nic to, roboczo jest Tosią, potem będę przeklepywać na inne imię. Potrzeba mi przaśne, wiejskie imię z dawnych lat, Jagna ze względów oczywistych odpada :D

Co do rozmow z "fabrycznym" Tomaszem: na FB co rano się wypowiada, niuami zarzuca z Fabryki, plotkuje o swojej ukochanej kawie, aż żal do faceta nie zagadać, bo taki milusi. Pytał się co to ciciki i czy przypominają lublińskie czarty, pogadaliśmy o slangu regionalnym (tam koty to kiziorki, gdzie indziej zaś kizior to ostatnie stadium upodlenia alkoholowego). Dziś dzika społeczność podpuszcza Fabrycznego o antologię z głównym tematem kawy :D generalnie pcham się ile wlezie w oczy, jakaś reklama mui być.

Misiomiej mi zasnął i chrapie tak slodko, że nie mam serca go budzić. Nic to, poczytam sobie książkę, niech do północy się wychrapie, potem go delikatnie z łóżka skopię :P

Z ostatniej chwili - klawiatura mnie już kompletnie nie kocha. Pewnie to przez ten cukier-puder, co mi się na nią wysypał ostatnio...

Saro - jak zwykle podsyłasz pomysłen, super :) dziękuję serdecznie!

23:25, szyszka_dono
Link Komentarze (4) »
klepu klep

Facebook wreszcie jest czymś więcej niż zapychajką mózgu - odkad ośmieliłam się pokonwersować z panem z Fabryki Słów natchnienie mnie pcha i porami wypływa do tego stopnia, że muszę na silę je kierowac w stronę klawiatury (bo wczoraj, na ten przykład, natchnienie wyprzątało mi cały pokój, choć na kuchnię mu pary brakło). Efekt dzisiejszy - zamiast siedzieć i posępnie angstować napisałam dwa akapity opowiadania konkursowego, przy czym zrewolucjonizowałam tekst zmieniając "onego" na "oną" (bo zakreciłąm się wokół wierzeń słowiańskich, zobaczycie, hehe). Tytuł roboczy to "Świt", ale może przykleję stary tytuł, który swego czasu mi się bardziej podobał: "Cztery papierosy do połnocy", tyle, że zamiast północy dam świt.

Bo moje drogie, mądra interneta dostarczyła mi informacyji, że jest świt astronomiczny i świt-świt. Pierwszy jest wtedy, gdy środek tarczy słońca znajduje się 18 stopni poniżej linii horyzontu (i słońca jeszcze nie widać), drugi - gdy pierwszy brzeżek tarczy wychuli się znad horyzontu. Czyli między świtem a świtem jest trochę różnicy czasowej, przy czym wiadomo, ze nad morzem tarcza sloneczna ma do pokonania mniej drogi do linii horyzontu niż w takich na przykład  górach - ta różnica czasowa daje świetne pole do popisu - podoba mi się idea przesmyku, świtu rozciągniętego w czasie :D zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. W otateczności ostatecznej przeczytacie to sobie tutaj i tyle :)

no, lecę sie robić na bóstwo, bo w gości dziś idziemy. Trzymać się, baby!

16:04, szyszka_dono
Link Komentarze (6) »
ble

TU WIELKIE BLE BYŁO.

Było o tym, że niektórzy moga uwierzyć, że byłam złą dziewczyną, bo nagle się okazuje, że można tańczyć, jeźdzć po świecie i żyć, a to dopiero po tym, jak mnie zabrakło.

Bylo też o tym, że niektórzy przypisują sobie za to wszystko zasługi.

Było też o tym, że czuję się wystawiona do wiatru przez cały świat, bo jakby tak było wcześniej to pewnie bym nie odeszła, a tu proszę, świat mi się w twarz śmieje.


To w skrócie, bo pisania było dużo, paskuudnie i z rozbabraniem wszystkiego co sie da. Cóż, patrzę na te zdania i czuję czerwony przypływ odbierający mi zdolność logicznego myślenia i stwierdzam odcinając się od emocji:


A NIECH TO WSZYSCY DIABLI!!!

ja tam mam szczery zamiar być szczęśliwa, jak do tej pory i basta. Bez niepotrzebnych blehów, bo tylko czas tracę, zamiast przygotowywać się do bajecznego wyjazdu do Krakowa z facetem, przy którym nie czuję wyrzutow sumienia, ze go do czegoś zmuszam. O!

00:22, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
środa, 03 lutego 2010
odpłycona

Gnana obuywatelskim tudzież humanitarnym obowiązkiem krew oddać poszłam, jak co 3 miesiące. No, duży wpływ na to miał fakt, że Misiomiej wczorajszego dzionka dostał propozycję, żeby płytki oddać, bo B RH- jest mało i potrzebne bardzo-bardzo. A ja, z grupą krwi A RH+ jestem z kolei pospolita jak kundel, a co za tym idzie - potrzebna, bo najcześciej zużywana. Takoż poszłam rano przez zamieje i zawiecie śnieżne do przybytku wampirów, gdzie od pół godziny miał się splycać Misiomiej. Misiomieja nie było, więc Szyszka na szatański pomysł wpadła, że też płytki odda i bęzdie tak cudownie i romantycznie, jak na filmach, półtorej godziny lezenia i odciekania do wirówek, łapka w łapkę.

Sek w tym, że do płytek się zgłosiłam, Misiomiej przylazł i się zakwalifikował... i okazało się, żę maszyna dostępna jest jedna, bo na drugiej jakiś babsztyl wycieka. Tak więc Misiomiej dostał się pierwszy na fotel, a ja wściekła czekałam obok niego na swoją kolejkę.

Procedura oddawania płytek jest przepaskudna, przynajmniej w moim przypadku powoduje niefajne ble (Misiomiej tylko zbladł i się zwścieklił, więc się nie liczy). Po wygonieniu babsztyla z sąsiedniego fotelika zasiadłam ja, tak więc spędziłam z Misiomiejem niezwykle "romantyczne" piętnaście minut, kiedy sobie leżeliśmy okablowani i odpłycani, po czym Misiomiejowa wirówka zapipczyła i Misiomiej polazł po swoją dawkę czekolany. Kubeczek też dostał, szczęściarz, dla mnie zabrakło. Przyszedł misiomiej się pożegnac, ukradkiem wcisnął mi czekoladę kokosową w paszczę i pognał do roboty.

Za to ja zostałam z kompletem rurek i wielkim ble, a na wprost mnie wisiał wielki telewizor, na którym kotłowała się akcja serialu "Na wspólnej", który to obejrzałam po raz pierwszy w życiu. Nieźle, jak na 1229 odcinków...

Żeby nie było - krew oddaję regularnie w miarę, pełne odsysanie mnie nie rusza zupełnie, no, tyle, zę spać mi sie chce, za to płytki to koszmar na kółkach. Ustrojstwo najpierw wysysa czerwone paliwo, potem je odwirowuje z osocza i płytek, a następnie uprzejmie zwraca resztę wymieszaną z płynem jakimś antykoagulującym czy coś. I tak siedem razy. Normalne odsysanie - spoko majonez, nie pierwszy raz. Wtlaczanie - cóż, trochę szczypie i czuję się, jakby mi ktoś po prostu zastrzyk dawał...ale ten płyn antycośtam jest koszmarem. Drętwiee mi język, zęby szczękają, łapki się trzęs i żołądek postanawia się wykręcić na drugą stronę. I zimno się człowiekowi robi jak cholera, bo krew ochłodzona do organizmu wraca i czlowiek zamarza od środka. Bleeeee....

 

Wróciłam, żyję i zjadłam niedogotowane ziemniaki z lekomiękkimi jajami na twardo. Ale przynajmniej sos koperkowy wyszedł mi pierwsza klasa :D Pozdrawiam wszystkich i serdecznie namawiam do oddawania krwi, bo są przygody :P no, i może kubeczków braknie, ale za to dają siateczki :D

13:42, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 stycznia 2010
Pół godziny przed Biedronką

postanowiłam sobie, że do Owada pójdę po mięsko mielone, bo tam najlepsze jest. W dodatku muszę Misiomiejowi biedronkolę kupić i jakieś nędzne chipsy na dzisiejszą sesję. no i ciasto trza upiec jakoweś, co by Misiomieja uczcić porządnie. Generalnie nuda na patyku i ciciki.

Z pozytywnych rzeczy - znalazłam komiks sieciowy po angielskiemu, który mnie rozwalił na kawałki i dawno się tak potężnie nie śmiałam :) LFG to coś w rodzaju zapisu sesji RPG, potem ewoluuje w stronę własnej, odrębnej historii, jest świetnie narysowany i... absurdalnie śmieszny. tak trochę w stylu "Pulp Fiction" śmieszny.

nic mi się nie chce, ratunku!!!

11:45, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 stycznia 2010
Zamiasty

Zamiast napisac recenzje "Pierwszego kroku" Przechrzty napisałam recenzję Ergo Proxy. Nawet nie tyle napisałam, co bezczelnie skopiowałam tekst wcześniejszy, doszlifowując go tylko na bokach. Zamiast zjeść porządne śniadanie rąbię drugie jabłko. Zamiast pisać opowiadanie kopię grządki na facebooku. Zamiast wyjść na pocztę ukrywam się przed sąsiadami, ktorzy pewnie chcą mi znow przypomnieć, żeby umyć korytarz, bo przecież raz w tygodniu to za mało. Zamiast robić cokolwiek z pracą obijam się rekordowo - tyle, ze przyniosłam sobie książki na biurko.

A tak w ogóle powinnam iść spać, bo siedziałam do 4 rano czytając komiksa sieciowego i po raz kolejny przytloczył mnie mój brak talentu rysowniczego... wiem, wiem, trzeba ćwiczyć, samo się nie zrobi, widziałam, jak wyglądają pierwsze obrazki czegoś, co teraz dech w piersi zapiera, no, tak. Tak samo z pisaniem. I pływaniem. No.

Zamiast tego to mi sie chce narzekać. To przez topniejący śnieg najwyraźniej.

12:32, szyszka_dono
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31